Gang ,pod „szyldem” aniolow

Klub motocyklowy Hells Angels, powstał 17 marca 1948 r. W okolicach Fontana/San Bernardino w Californi (USA).
Oddział San Bernardino (zwany również „Berdoo”} istnieje do dziś, mimo iż większośc jego pierwszych członków w jednym
czasie przeniosła sie do oddziału Oakland. Owe przeniesienie jest prawdopodobnie powodem, dla którego osoby
niezorientowane określają oddział Oakland jako Macierzysty Oddział Klubu hells Angels.
W latach piędziesiątych powstało wielie oddziałów Hell Anhels. Początkowo one nie mały ze sobą nic wspólnego, ecz z czasem
gdy zpstały zorganicowane w całośc, określono nowe zasady tworzenia oddziałów.

30 licpa 1969 r. W Londynie powstał pierwszy europejski oddział Hells Angels
Obecnie w całej Europie funkcjonuje ponad 125 oddziałów klubu, Z końcem lat siedemdziesiątych do klubu dołaczyły oddziały
z Australii, a oddział Rio de Janeiro w Brazylii był pierwszym w Amreyce Południowej.
W 1993 roku HellS Angels pojawili się na kontynencie afrykańskin, otwierając oddział Johannesburg w RPA.
Europa wschodzia się doczekała się swych Hells Angels wraz z nadejściem nowego tysiąclecia i od tej pory jeszcze więcej.
krajów otrzymało słynną uskrzydloną czasję śmierci.
Włcączenie klubów z całego świata spowodowało zmiany w strukturze Hells Angels. Mały klub z Berdoo stał sie teraz
macierzystym oddziałem największej na świecie braci motocyklowej HELLS ANGELS MOTORCYCLE CLUB WORLD.
Obecnie Hells Angels MC World posiada oddziały w Anglii, Argentynie, Australii, Austrii, Belgii, Brazylii, Chile, Chorwacji,
Czechach, Danii, Finlandii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Kanadzie, Lichtensteinie, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii,
Nowej Zelandii, Polsce, Portugalii, Republice Południowej Afryki, Rosji, Stanach Zjednoczonych, Szwajcarii, Szwecji, Walii i Włoszech.
Kluby z innych krajów chcące dołączyć pochzodża z Islandii, Japonii, litwy i Łotwy.

Gang Hells Angels posiada swoje prawa, które sa surowo przestrzegane, jest on jednym z najbrutalniejszych i agresywnych gangów motocyklowych w całym stanie.
Każdy członek gangu, przywiązuję wielką wagę d szacnuku, któreg brak równa się z śmiercią. Gang zajmuje się przemycaniem
nielegalnej broni jak i narkotyków. Do ich wykorczeń zaliczone są też liczne wyłudzenia, oraz zastraszania, co jest atutem gangu.
w którym obowiązuje kodeks dla każdego z członków.

Hells Angels jest gangiem, który posiada ponad 7 bractw wielkiej rodziny ‚Aniołów piekieł’ Każde z nich posiada swoje własne zasady.
Gang ten, kieruje się też ideologią rasizmu, dlatego do gangu przyjomwani są tyklko biali, nie ma żadnych wyjątków.
Przyjęcie nowego członka do gangu, na okres próby odbywa się za poleceniem członka gangu, który bieże odpowiedzialność.
za tą osobę.Taka osoba, która chcę dołączyć w szeregi gangu, musi posiadać ważne prawo jazdy. Osoby, które miały jakąkolwiek stycznośc z służbami pożądkowymi, lub które były (są) policjantami, nie mają prawa dołączenia do gangu.
Nowa osoba w gangu przechodzi w nim okres próbny, w czasie którego jest obserwowanyprzez członków gangu, gdy dopiero
gruba zarządu, uzna, że ten członek na to zasłużył, dostaje prawo noszenia naszywki gangu.

Harleye, tatuaże, czane skóry, ostry rock – wszystko to nieodparcie kojarzy się z Hells Angels. Ci zaś z zadymą na koncercie Rolling Stones w Altamont. Okazuje się jednak, że Anioły Piekieł nie są owocem inwazji rocka z końca lat 60tych ubiegłego wieku, a sam gang jest organizacją wbrew pozorom bardzo elitarną.b Nielegalne kluby motocyklowe zaczęły powstawać na zachodnim wybrzeżu USA już po II wojnie światowej. Nikomu się wtedy nie śniło o pomocy psychologicznej dla powracających żołnierzy. Spora część z nich była mocno skrzywiona psychicznie, stąd szukali oni jakiegoś ujścia dla swoich frustracji. Nie potrafiąc się przystosować do reguł pokojowego życia, wsiadali na harleye i ruszali na włóczęgę – beztroską włóczęgę. W tym okresie nie interesowało ich nic poza przemierzaniem Stanów wzdłuż i wszerz. Nie stanowili szczególnego zagrożenia – ograniczali się do zaczepek i robienia hałasu, czasami było to różnorakie pobicia pod wpływem alkoholu – nic więcej. Pierwsze grupy miały tak kuriozalne nazwy jak Galopujące Gęsi, Piwni Wojownicy czy po prostu pijacy. Nie byli jeszcze specjalnie niebezpieczni – byli jedynie bardzo hałaśliwi. Sytuacja uległa jednak zmianie, kiedy na środowisko harleyowców coraz większy wpływ zaczęła wywierać grupa wyjątkowo nieprzystosowanych społecznie dziwaków, nazywających się Wkurzone Dranie z Bloomington (The Pissed Off Bastards of Bloomington). Zmienili nazwę na Hells Angels, przyjęli charakterystyczne logo i sformułowali zasady funkcjonowania gangu. Członkami gangu mogą być tylko biali. Nie przyjmuje się do niego nikogo, kto ma lub miał związek z policją, służbą więzienną czy jakimikolwiek służbami bezpieczeństwa. Droga do pełnego członkostwa nie jest prosta – kandydatem można zostać jedynie z polecenia aktywnego członka. Musi on przejś coś na kształt okresu próbnego, podczas którego jest nieustannie obserwowany i oceniany. Jeśli pomyślnie przetrwa ten okres i w jakiś sposób się „zasłuży”, to droga do członkostwa stoi przed nim otworem. Nowy członek musi przejść coś w rodzaju nowicjatu. Dopiero po nim ma prawo do naszywki – największej świętości Aniołów Piekieł. Na naszywce tej jest logo gangu w postaci czaszki przybranej w uskrzydlony hełm

W kogeksie Hells Angels jest zawarte iż żaden członek gangku nie ma prawa brania narkotyków, wstrzykiwania do organizmu ze szczególnym
uwzględnieniem heroiny. Jednak ten zakaz nie stroni ich od handlu nimi. Biorąc pod uwahę Marihuanę czy też inne narkotyki
służące do palenia – takie zalicza się do porządku dziennego Hellsów.
Kiedy w 1869 roku francuski wynalazca Michaux jako pierwszy przymocował silnik parowy do zwyczajnego roweru, zdano sobie sprawę, jak przydatnym środkiem transportu byłby ten jednośladowy pojazd, poruszający się przy minimalnym wysiłku fizycznym kierowcy. Zaowocowało to licznymi, szybko następującymi po sobie projektami. W 1885 roku Gottlieb Daimler stworzył motocykl z silnikiem benzynowym, zaś przy końcu lat 90-tych XIX wieku Albert de Dion i Georges Bouton zaprezentowali pojazd trójkołowy o znacznie szybszym i mocniejszym silniku, który w 1896 i 1899 roku z powodzeniem uczestniczył w wyścigach samochodowych rozgrywanych na trasie Paryż – Marsylia – Paryż. W 1894 roku rozpoczęto również w Niemczech produkcję pojazdów jednośladowych z silnikiem spalinowym. Tam właśnie po raz pierwszy użyta została nazwa „motorrad” – motocykl.[1]
Choć te pierwsze, pionierskie konstrukcje przypominały w dużej mierze rowery, ich powstanie było swoistym przełomem w historii rozwoju motoryzacji.
Kiedy jednak kształtowała się nowa gałąź przemysłu motoryzacyjnego, nie przypuszczano zapewne, że nadejdzie moment, gdy motocykl przestanie być jedynie tanim i praktycznym środkiem lokomocji, a stanie się wyznacznikiem stylu życia i statusu społecznego, atrybutem, przedmiotem znaczącym, swoistej subkultury, symbolem buntu i wolności, a nawet legendą.
Rozwój technologiczny i popularność motocykla rosły bardzo szybko. Francuscy konstruktorzy – bracia Werner w zaprojektowanym w 1901 roku motocyklu jako pierwsi zamontowali silnik w centralnym położeniu: przed pedałami, nisko pomiędzy przednim i tylnym kołem [2] , zaś wyprodukowany w 1903 roku pierwszy Harley – Davidson, choć posiadał jeszcze rowerowe pedały, z technicznego punktu widzenia był pojazdem całkowicie odrębnym od roweru.
Pierwszą firmą, która rozpoczęła produkcję seryjną i sprzedaż motocykli w Wielkiej Brytanii pod koniec XIX wieku, był producent rowerów i motocykli o nazwie „Excelsior” – firma Bayliss, Thomas & Co. W tym samym czasie rozpoczęły działalność firmy Humber, Enfield Cycle Co. oraz Bianchi we Włoszech, Adler czy Diamant w Niemczech, Peugeot we Francji i Henderson czy Indian w USA.
Specyfika poruszania się na motocyklu, sprawiła, że prędko zyskał on zagorzałych zwolenników; pasjonatów, którzy traktowali „jednośladowe pojazdy spalinowe” jako coś więcej niż jedynie środek transportu. W pierwszej dekadzie XX wieku rozpoczęły się pierwsze edycje wyścigów motocyklowych, których pionierem był Harry Reed – założyciel firmy „Dot” specjalizującej się w produkcji motocykli wyścigowych. Był to drogi, elitarny sport, jednak w rozmaity sposób rozpowszechnił się w całej Europie i Ameryce Północnej. Najpopularniejszymi jego formami były rajdy drogowe czy wyścigi szosowe, przeprowadzane na drogach publicznych, otwartych dla ruchu użytkowego. Takie wyścigi odbywały się także od 1903 roku do wybuchu I wojny światowej w okolicach Warszawy na trasie Radzymin – Zegrze -Wyszków.
Bardzo szybko, bo już około 1906 roku, zaczęto krytykować wyścigi szosowe jako sport niebezpieczny dla innych użytkowników dróg i postanowiono zmienić ich formę. W ten sposób narodziła się koncepcja motocyklowych torów wyścigowych. Jednym z pierwszych specjalistycznych torów był długi na około 3 mile, zbudowany na przełomie 1906 i 1907 roku, tor Brooklands, znajdujący się 20 mil od Londynu. Wyścigi motocyklowe odbywały się tam regularnie od 1908 roku do roku 1914, czyli do wybuchu I Wojny Światowej. Wówczas tor został przekazany wojsku i zamieniony na prowizoryczne lotnisko, na którym budowano i testowano samoloty. Po wojnie wyścigi wznowiono w 1920 r. i trwały one aż do wybuchu II wojny w 1939 roku.
Choć tory wyścigowe z czasem zyskiwały coraz większą liczbę zwolenników, a także rosła ich popularność wśród producentów motocykli, którzy zaczęli konkurować ze sobą konstruując modele specjalnie przystosowane do ścigania się, nie wyparły całkowicie kilkudniowych rajdów czy wyścigów szosowych. Równocześnie z pierwszymi torami, w 1906 roku, powstał pomysł utworzenia specjalnego dużego wyścigu drogowego w Wielkiej Brytanii. Prawo brytyjskie zakazywało już wówczas ścigania się na drogach publicznych, więc odmówiono zgody na przeprowadzenie wyścigu szosowego na terenie Anglii. Zwrócono się zatem do władz wyspy Man znajdującej się na Morzu Irlandzkim, w połowie odległości pomiędzy Anglią i Irlandią. Bardziej liberalny rząd wyspy Man pozwolił entuzjastom wyścigów na przystosowanie do tego celu toru drogowego na zachodzie wyspy. Pierwszy wyścig odbył się w dwóch klasach w zależności od posiadanego motocykla: jedno lub wielocylindrowego; największa osiągnięta prędkość należała od Charliego Colliera i Rema Fowlera, a wynosiła ona 36 mil na godzinę (około 60 km/h). W ten sposób powstał odbywający się do dziś, najbardziej prestiżowy, legendarny wyścig Isle of Man Tourist Trophy. [3]W 1911 roku tor wyścigu został zmieniony na bardziej górzyste okrążenie. Kolejna zmiana trasy nastąpiła w 1922 roku i w takim kształcie wyścig odbywa się do chwili obecnej: jest to okrążenie o długości 37 mil, na którym znajduje się około 200 zakrętów, zaś osiągana prędkość to około 140 mil (230 km) na godzinę.
Nieco później, dopiero w 1928 roku, pojawiła się w Europie trzecia charakterystyczna, popularna również współcześnie, forma sportów motocyklowych. Były to zapoczątkowane około 1910 roku w USA, znane także w Australii, wyścigi „speedway”, nazywane w Polsce wyścigami żużlowymi.
Wybuch I Wojny Światowej przerwał sporty motorowe. Motocykle znalazły zastosowanie w wojsku; w szczególności w służbie telegraficznej i sygnalizacyjnej. Były to w większości cywilne maszyny, nie przystosowane do warunków wojennych, które stopniowo zastępowano specjalnie przygotowanymi dla wojska motocyklami. Ich właściciele wstępowali do armii jako ochotnicy, bez żadnego przeszkolenia wojskowego. Pracowali jako kurierzy; ich zadaniem było dostarczanie depeszy i rozkazów od dowództwa do poszczególnych oddziałów wojska. [4]
To powszechne wykorzystanie motocykli w komunikacji podczas wojny sprawiło, że całkowicie zmienił się stosunek opinii publicznej do „zmotoryzowanych rowerów”, które wreszcie przestały być postrzegane jako dziwactwo czy nowość, dzięki wojnie bowiem potwierdziły swoją użyteczność, toteż w latach międzywojennych korzystały z nich powszechnie wojsko, policja, poczta i liczne przedsiębiorstwa. [5]
Kiedy we wczesnych latach 30-tych skończył się w Anglii kryzys ekonomiczny i młodzi ludzie łatwiej mogli znaleźć satysfakcjonującą, lepiej płatną pracę, motocykle – jako jedne z najtańszych środków transportu, umożliwiające sprawne dotarcie do pracy, zyskały popularność wśród zwolenników szybkiego i wygodnego poruszania się po mieście. W tym czasie szosy w Anglii stawały się coraz bardziej zatłoczone. Zaczęły zatem powstawać nowe drogi, nazywane „motorways”, które pozwalały na przemieszczanie się z jednego końca kraju na drugi. W związku z tym rozpoczęła się budowa rozlicznych restauracji i kafejek (tak zwanych: cafe’s), stacji benzynowych i parkingów. Przydrożne restauracje szybko stały się miejscem towarzyskich spotkań kierowców, w tym także młodych motocyklistów, którzy spotykali się raz lub kilka razy w tygodniu w stałych miejscach. W ten sposób narodziła się pierwsza subkultura motocyklowa: tak zwani „cafe racers”. Zyskali oni wówczas także drugie miano: „promenade percys”, gdyż licznie pojawiali się w angielskich kąpieliskach morskich, gdzie ich główną formą rozrywki była widowiskowa jazda na motocyklu po nadmorskich promenadach. [6]
W Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w Europie, w okresie międzywojennym największą popularnością cieszyły się rajdy i wyścigi szosowe oraz tak zwane: wyścigi „pod górę” (hill climbing), polegające na wjeżdżaniu na wysokie i strome zbocze.
Z roku na rok wyścigi gromadziły coraz liczniejszą publiczność, stając się pretekstem do spotkań motocyklowych entuzjastów. Szybko przekształciły się one w publiczne, kilkudniowe zloty, które do dziś pozostają ulubioną formą spotkań motocyklistów na świecie.
Jednym z najwcześniejszych zlotów motocyklowych był „Grand Black Hills Classic Rally” zorganizowany po raz pierwszy w 1937 roku w Południowej Dakocie, w małym miasteczku Sturgis, u stóp Czarnych Gór, przez entuzjastę motocyklizmu: J.C. Hoel’a. „Impreza trwała dwa dni i była połączeniem zlotu z wyścigami”.[7] Na pamiątkę tamtego legendarnego zlotu, w Sturgis nadal spotykają się motocykliści. W rekordowym, 1970 roku przybyło ich na zlot około czterysta tysięcy osób.
Wzrost popularności wyścigów i rajdów zapoczątkował powstawanie pierwszych formalnych zrzeszeń skupiających motocyklistów. Były to nieliczne, ale prężnie działające kluby, które dzieliły się na sportowe i turystyczne. Również na terenie Polski zrzeszenia i kluby motocyklowe powstawały w okresie międzywojennym, a nawet i wcześniej. Już w 1912 roku w Galicji utworzony został Krakowski Klub Cyklistów i Motorzystów, który zajmował się między innymi organizacją rajdów i wyścigów szosowych, zaś w 1923 roku podobną działalność rozpoczął w Warszawie Polski Klub Motocyklowy. Był to „klub specyficzny, nazywany w całym kraju ‚klubem mistrzów’, gdyż skupiał w swoich szeregach najlepszych polskich motocyklistów. (…). Uczestnictwo członków Polskiego Klubu Motocyklowego w zawodach sportowych i wyścigach zawsze gwarantowało emocje na najwyższym poziomie”.[8] Wszystkie polskie kluby zrzeszone były w Polskim Związku Motocyklowym, na którego czele stał gen. dyw. Burhardt-Bukacki. PZM koordynował działanie klubów, ale także wydawał czasopismo motoryzacyjne o nazwie: „Motocykl i cyclecar”. [9]
W trakcie II Wojny Światowej rozwój motocyklizmu znów został zatrzymany. Większość młodych mężczyzn a z nimi i większość motocykli ponownie trafiła w szeregi armii. Wtedy to brytyjski i amerykański rząd roztoczyły kontrolę nad produkcją motocykli, przysposabiając je do uczestnictwa w działaniach wojennych. Szerokie wykorzystanie motocykli w armii sprawiło, że po zakończeniu wojny wraz z setkami weteranów wracających z Europy do Stanów Zjednoczonych, kraj został zalany przez wiele zdemobilizowanych maszyn, które wyprzedawano po kilkanaście dolarów za sztukę. Żołnierze – do niedawna bohaterowie narodowi, poczuli się wkrótce tak samo niepotrzebni jak ich motocykle. [10] Nie było dla nich bowiem nie tylko dawnych, przedwojennych miejsc pracy, ale i perspektyw na znalezienie nowego zatrudnienia. Po dramatycznych przeżyciach z wojny wielu żołnierzy amerykańskich nie potrafiło znaleźć dla siebie miejsca w cywilnym, pokojowym życiu i podporządkować się innym regułom. Czuli się nierozumiani przez resztę społeczeństwa, niedoceniani i odrzuceni. Życie, które zaczynali toczyć po wojnie, wydawało się im monotonne i mało ekscytujące. Były to czynniki, które zainicjowały pojawianie się pierwszych powojennych klubów motocyklowych; grup, które częstokroć łączyły mężczyzn należących w czasie wojny do tych samych oddziałów wojska, gdyż tylko razem, w towarzystwie „kolegów z okopów” czuli się swojsko. [11]
Wg Wiliama Kornhausera wszelkie ruchy społeczne w nowoczesnych społeczeństwach masowych powstają w sytuacji społecznej izolacji i w wyniku poczucia bezsilności wystarczająco dużej liczby jednostek. To poczucie bezradności zostaje przezwyciężone w momencie, gdy jednostki łączą się w grupy na zasadzie podobieństwa sytuacji społecznej lub doświadczeń. Sama świadomość przynależności do takiej grupy, jest częstokroć ważniejsza niż cele ruchu. [12] W przypadku zachowania weteranów po II Wojnie Światowej nie można mówić o kształtowaniu się ruchu społecznego w klasycznej formie [13], dlatego, że ich postępowanie nie było podporządkowane określonej ideologii, nie zamierzali również doprowadzić do konkretnych zmian społecznych; dawali raczej wyraz swojej frustracji i niezadowoleniu, nie widząc dla siebie miejsca w powojennym społeczeństwie. W tamtej chwili nie była to także jeszcze subkultura, lecz to właśnie oni zapoczątkowali nowy styl życia i późniejsze subkultury motocyklowe, kiedy to: „nie ściągając nawet kurtek lotniczych, wsiedli na Harley’e i używali ich tak, jak na wojnie, gdzie obowiązywały prawa walki. Zorganizowani w gangi, wyłączyli się poza nawias prawomyślnego społeczeństwa. Nie zważali na ogólnie przyjęte normy, postępowali według własnego kodeksu.” [14]
Członków klubów rozpoznać można było po ubiorze. Nosili czarne, skórzane kurtki lub płaszcze, oraz wytarte dżinsowe kamizelki, ozdabiane naszywkami i emblematami grupy, tzw. „barwami klubowymi”, na które składały się logo i nazwa. Często używane były także militarne dodatki do stroju: niemieckie, stalowe hełmy czy nazistowskie symbole. [15] W latach powojennych swastyki i krzyże nie oznaczały, że weterani utożsamiali się z faszyzmem, lecz były taktowane jako trofea przywiezione z wojny; posiadanie ich miało świadczyć o bohaterstwie w walce. Dopiero od końca lat 60-tych używanie takich symboli zaczęło mieć inny podtekst.
Motocykl stał się dla dawnych żołnierzy nie tylko jedynym, gdyż tanim, dostępnym środkiem transportu; był czymś więcej: łącznikiem pomiędzy czasami wojny i pokoju, przeszłością i teraźniejszością, a także symbolem wolności i buntu. Był antytezą „ciężkiego, kapiącego chromem – bożka cywilizacji – wielkiego amerykańskiego samochodu” .[16] Dostarczał także dreszczu emocji, pozwalał na rywalizację sportową przez uczestnictwo w wyścigach, które ponownie organizowano w Stanach Zjednoczonych. Wyścigi były teraz jednak już tylko głównie pretekstem do zlotów; spotkań, z przyjaciółmi z innych klubów.
Wg dostępnych źródeł jednym z pierwszych (obok „13 Rebels” czyli „Trzynastu Bojowników”), legendarnym klubem motocyklowym był „The Booze Fighters MC” (Alkoholowi Wojownicy). Został on założony w 1946 roku w Los Angeles przez Willy’ego „Wino” Forknera oraz George’a Menknera i Dinka Burnsa. Głównym mottem, podobnie jak większości powstających wówczas klubów, było po prostu „to have fun” czyli „dobra zabawa”.
Rok po powstaniu, w 1947 roku, „The BoozeFighters MC” wzięli udział w legendarnym zlocie motocyklowym w Hollister, który przez wielu motocyklistów, dziennikarzy i historyków uznany został za przełomowe wydarzenie w rozwoju motocyklizmu jako zjawiska społecznego: „Wtedy właśnie zaczęło się rodzić to, co po latach określamy mianem motocyklowej subkultury. Zupełnie normalne spotkanie motocyklistów niepostrzeżenie przerodziło się w symbol. Odtąd przez długie lata u normalnych, goniących za sukcesem Amerykanów widok jeźdźców odzianych w skóry wywoływał niepokój”. [17]
Wówczas, 4 lipca 1947 roku, na wyścigi zorganizowane przez American Motorcyclist Association (Stowarzyszenie Amerykańskiego Motocyklisty), do rolniczego miasteczka w stanie Kalifornia, liczącego 5000 mieszkańców, zjechało się około 4000 motocyklistów. W związku z niespodziewanie dużą ilością chętnych do wzięcia udziału w zawodach AMA podjęła decyzję o niedopuszczaniu do wyścigów osób niezrzeszonych w federacji. Motocykliści z nieoficjalnych klubów nie chcieli się z tą decyzją pogodzić. Nie zależało im na nagrodach, nie chcieli stać się profesjonalnymi zawodnikami, ograniczonymi federacyjnymi rygorami, ważna była jedynie dobra zabawa. Dlatego też urządzono bezprawnie własne, nieoficjalne zawody – stąd wywodzi się nazwa Outlaws („Poza prawem”) – na określenie motocyklistów urządzających i startujących w zawodach organizowanych bez poparcia federacji i klubów sportowych. [18] Gdy, pomimo wyraźnego zakazu AMA, zawodów nie przerwano, dla uspokojenia wezwana została gwardia narodowa, co spowodowało jedynie wzrost niezadowolenia i wybuch zamieszek, w których przewodzili motocykliści z The BoozeFighters MC. Dla nich batalia o „wolne wyścigi” miała podwójne, honorowe znaczenie, gdyż rok wcześniej, założyciel BF MC – Willy Forkner, został wydalony z innego klubu – „13 Rebels”, za bezprawne włączenie się do zawodów motocyklowych w Los Angeles. Zamieszki uspokojono, lecz całe wydarzenie przeszło do historii dzięki reportażowi w „San Francisco Examiner” i fotoreportażowi w „Life Magazine”, gdzie uczestniczących w zlocie motocyklistów przedstawiono jako agresywnych awanturników i pijaków, którzy w ciągu trzech dni zniszczyli spokojne, rolnicze miasto.
AMA usiłowała uspokoić opinię społeczną w oficjalnym komunikacie w prasie i radiu, winą za rozruchy obarczając jeźdźców z nieoficjalnych klubów, stanowiących wg niej zaledwie 1 % ogółu motocyklistów. [19] Rzecznik federacji wypowiedział się wówczas: „Tylko jeden procent amerykańskich motocyklistów mógł dopuścić się takich kryminalnych czynów”.[20] W ramach protestu część niezrzeszonych w AMA motocyklistów umieściła na kurtkach naszywki ze znaczkiem 1%, który niebawem stał się charakterystycznym i bardzo popularnym symbolem wolności i niezależności, a później także znakiem rozpoznawczym wszystkich „Outlaws” z gangów motocyklowych.
Publikacje w mediach na temat zlotu w Hollister miały trzy główne skutki. Po pierwsze stały się one źródłem powstawania pierwszych, upowszechnionych później przez filmy, stereotypów i uprzedzeń dotyczących motocyklistów w opinii społecznej i mediach. Pociągało to za sobą coraz większe wyobcowanie i odrzucenie społeczne weteranów wojennych, którzy teraz w rzeczywistości znajdowali oparcie jedynie w innych motocyklistach, kolegach z klubu. Ponadto, w ten sposób, poprzez nagłośnienie przez media, szeregi motocyklistów stały się atrakcyjne dla wszelkiego typu poszukiwaczy przygód i mocnych wrażeń, „buntowników bez powodu” czy wreszcie przestępców.
Wszystko to sprawiło, że 4 lipca 1947 roku uznaje się za legendarny początek zjawiska ruchu motocyklowego. Jak określił to senator Ben „Nighthorse” Cambell (R. Colorado) – także motocyklista:
Przed Hollister były motocykle…. po Hollister byli motocykliści,
przed Hollister motocykle były środkiem transportu… po Hollister stały się stylem życia,
przed Hollister były przyjaźnie… po Hollister pojawiło się braterstwo[21].
Zlot nie pozostał długo bez echa. Prędko zaczęły mnożyć się kluby motocyklowe. Między innymi w marcu 1948 w miasteczku Fontana w stanie Kalifornia powstał najpotężniejszy obecnie klub (i zarazem gang) motocyklowy: Hells Angels Motorcycles Club (Klub Motocyklowy Anioły Piekieł).
Legendarne pochodzenie HA MC od eks-żołnierzy z 303 Eskadry Bombowej B-17 z czasów drugiej wojny światowej wydaje się nie do końca prawdziwe. Według członków klubu mit ten został stworzony przez żądną sensacji prasę. W rzeczywistości nazwa została wymyślona i użyta po raz pierwszy w filmie Howarda Hughesa, który powstał w latach trzydziestych, opowiadającym historię fikcyjnego szwadronu lotniczego z czasów I wojny światowej. Tytuł filmu został kilka lat później zaadoptowany przez kapitana Irla E. Baldwina – dowódcę jednego z najbardziej znanych bombowców 303-ciej Eskadry o numerze seryjnym: #41-24577, który w ten sposób nazwał swoją załogę. 7 stycznia 1944 imię to przez głosowanie przyjęła cała 303 jednostka bombowa.
Z żadnych dostępnych źródeł historycznych nie można wysnuć informacji o wspólnym rodowodzie HA MC i 303-ciej eskadry. Jedyną, znaną postacią, która łączy klub motocyklowy z konkretną organizacją wojskową jest były major lotnictwa, członek 3 Zawodowej Eskadry AGV (American Volunteer Group – Amerykańskiej Ochotniczej Brygady) – Arvin „The Flying Tiger” Olsen. AGV składała się z 4 oddziałów: dowództwa i 3 szwadronów bojowych, z których pierwszy nosił imię Adama i Ewy, drugi nazwę Misiów Panda, zaś trzeci – Hell’s Angels. Zdaniem współcześnie żyjących członków HA MC to właśnie Olsen poddał pomysł nazwy założycielom klubu; jak również biało-czerwone barwy klubowe. Z kolei charakterystyczny emblemat, tak zwana „Deathshead” – uskrzydlona trupia czaszka, ma podwójne pochodzenie: z 85 Eskadry Bojowej i 552 szwadronu myśliwsko-bombowego.
Ów emblemat, a także barwy oraz nazwa we wszelkich odmianach pisowni – trzy charakterystyczne, rozpoznawane na całym świecie symbole – zostały zastrzeżone przez klub motocyklowy i są bardzo silnie chronione. Ma to związek z przywiązaniem motocyklistów do barw i symboli swojego klubu.
Mimo braku konkretnych danych, nie ulega wątpliwości, że pierwsi członkowie klubu motocyklowego Hells Angles, byli w większości weteranami wojennymi. Tak jak inni bezrobotni weterani ubierali się w skórzane kurtki czy długie płaszcze, zaś za kaski służyły im wojskowe hełmy. Image i symbolika naszywek, które nosili, były jednak wyjątkowo szokujące. Były to obok odznak nazistowskich i trupich czaszek, liczby 13 (kojarzona z marihuaną) i 666 (potocznie kojarzona jako symbol diabła). [22] Kontrowersyjny wygląd, agresywne zachowanie i prasa, która co jakiś czas donosiła o brutalnych przestępstwach dokonanych przez Hells Angles, sprawiły, że klub zyskał miano gangu. Przyczyniło się to do szybkiego wzrostu popularności i powstawania nowych oddziałów klubu w USA. W 1954 roku założono oddział w San Francisco, w 1957 roku w Oakland, a w 1962 w Richmond. W tym czasie powstały też inne kluby – gangi, które zarówno nazwą, jak agresywnym zachowaniem naśladowały Hells Angles. Były to: Satan’s Slaves, Gypsy Jokers, Commancheros, Banditos czy Pogans.
Jednak tylko część środowisk motocyklowych w Stanach Zjednoczonych w latach powojennych miała charakter wybitnie gangsterski. Inna grupa motocyklistów gromadziła się przy klubach motocyklowych, część zaś związana była z ruchem hippisów i diggersów. Nazywani byli oni po prostu riders (jeźdźcy). Motocykl stanowił dla nich atrybut, wyróżniający z tłumu, który dodawał im autorytetu i poczucia niezwykłości. Pozwalał również na identyfikację z bohaterami filmowymi i rock’n’rollem, gdyż większość popularnych gwiazd jak James Dean, Elvis Presley czy Bob Dylan, nosiła wówczas dżinsy i przemieszczała się właśnie za pomocą motocykla.
W latach 50-tych riders zaczęli modyfikować konstrukcję swoich motocykli. Zapanowała moda na pojazdy pozbawione wszystkich zbędnych elementów. W ten sposób powstał nowy rodzaj motocykli: choppery (z angielskiego to chop, co znaczy „odcinać”). Kolejne modyfikacje polegały na wydłużeniu przedniego zawieszenia i obniżeniu ramy. Pogrubiano tylne koło, podwyższano kierownicę, zaś podnóżki przestawiano bardziej na przód. Kierowca na takim motocyklu miał nogi wysunięte daleko do przodu i szeroko rozstawione ręce; ta pozycja, jak i konstrukcja motocykla sprawiały, że „jednoślad” prowadził się dobrze jedynie na prostej drodze, lecz został przecież stworzony w Stanach Zjednoczonych, gdzie szosy w większości są proste. [23]
W Europie po II Wojnie Światowej ruch motocyklowy kształtował się nieco odmiennie niż w USA. We wczesnych latach 50-tych nastąpiło w Wielkiej Brytanii odrodzenie subkultury cafe-racerów. Ponownie, jak po poprzedniej wojnie, zwolnieni ze służby wojskowej mężczyźni w całym kraju wracali do pracy i podobnie jak w Stanach kupowali tanie, pochodzące z okresu wojny motocykle. Dodatkowo, ważnym czynnikiem kształtowania się powojennego środowiska motocyklowego był początek „generation gap” – konfliktu pokoleń oraz wybuch różnego typu nurtów kontrkultury młodzieżowej w latach 50-tych. Rock’n’roll oraz amerykańscy „buntownicy” jak Elvis Presley czy James Dean stali się bardzo popularni w Anglii. Wszystko to sprawiało, że motocykl, związany z nim styl życia i mit „wild ridera” (dzikiego jeźdźca) stały się niebawem niezwykle modne i powszechne.
Młodzi motocykliści wywodzili się głównie z peryferyjnych robotniczych osiedli. Cechował ich specyficzny wygląd: krótkie, skórzane kurtki z dużą ilością zamków i ćwieków, wysokie za kostkę buty z kwadratowymi czubami i kaski typu „jet”; niedbałość i brak elegancji. „Szalony rock’n’roll, dziki image i ostra jazda na huczących motocyklach były [dla nich] sposobem na oderwanie się od przygnębiającej rzeczywistości”. [24] Szukając miejsc na spotkania ponownie zaadoptowali cafe’s. Stały się one centralnymi miejscami spotkań, odbywających się nawet kilka razy w tygodniu.
Jedną z takich kawiarni była bardzo popularna w środowisku, otwarta w 1938 roku, londyńska Ace Café przy North Cicural Road. Powszechnie motocyklistów nie nazywano już jednak cafe racerami, jak miało to miejsce przed wojną, lecz – rockersami, zaś miano cafe racerów nosiły obecnie ich motocykle.
Rockersi nie dbali szczególnie o estetyczny wygląd swoich jednośladów. Wręcz przeciwnie: często były to lekko zdemontowane, ogołocone ze wszystkich ozdób, nie rzucające się w oczy „maszyny”: „Wyrzucano skrzynki narzędziowe, obszerne kanapy, filtry powietrza. Wiercone dźwignie skrzyni biegów i rozrusznika niejednokrotnie łamały się, ale nikomu to nie przeszkadzało. By pogodzić własności jezdne z dobrymi osiągami dokonywano przeróżnych kombinacji.” [25] Cenionymi markami były w szczególności rodzime, brytyjskie Nortony (np. 650SS) i Triumphy (np. Bonneville), z których wkrótce stworzono na własne potrzeby nową konstrukcję: „Tritona”. Łączył on w sobie mocny silnik Triumpha z ramą Nortona, masę tej „hybrydy” redukowano zaś przez wyrzucenie wszystkich zbędnych elementów. [26]
Rockersi tworzyli nieformalne, ale dobrze zorganizowane grupy, które wywodziły się z tych samych okolic (oparte na zasadzie sąsiedztwa) lub identyfikowały z określoną marką motocykla. Grupa, która najczęściej odwiedzała lokalny klub, przejmowała go jako „własny”, wyganiając inne, niezaprzyjaźnione grupy motocyklistów. Rozrywką najczęściej praktykowaną przez rockersów było jeżdżenie z szaleńczą prędkością po ulicach miasta do późnych godzin nocnych z użyciem modnych, głośnych rur wydechowych. Te swoiste wyścigi w otwartym ruchu drogowym nazywano ton up od osiąganej prędkości – magicznego „the ton” – sto mil (około 160 kilometrów) na godzinę.
Wyścigi takie odbywały się nie tylko na prostych odcinkach drogi. Bardzo popularna była również konkurencja polegająca na rozwijaniu jak największych prędkości na zakrętach. Tritony z obniżoną kierownicą i przesuniętymi do tyłu podnóżkami (przeciwnie niż w chopperach) znakomicie nadawały się do jazdy po wąskich i krętych szosach Anglii. [27]Wszystkie wyścigi były oczywiście zabronione przez brytyjskie prawo i ścigane przez policję. Rockersowi, który został złapany podczas szaleńczego „ton up” odbierano prawo prowadzenia pojazdu za jazdę z niebezpieczną prędkością (najczęściej na rok czasu). Ci, których dotknął ten zakaz, nie byli jednak wykluczani z grupy. Wśród rockersów panowała surowo przestrzegana zasada lojalności i solidarności grupowej. Istniało niepisane prawo, które mówiło, że każdy z banned – dotkniętych zakazem – powinien być przywożony na miejsce spotkań grupy przez innego kolegę jako pasażer aż do chwili wygaśnięcia dotyczącego go prawnego zakazu.
Wszystko to – wygląd, styl ubierania, ulubiona muzyka, sposób spędzania wolnego czasu i głośne motocykle – sprawiło, że młodzi motocykliści zyskali złą reputację zarówno w prasie, jak i opinii społecznej. Do miana „rockers” powszechnie zaczęto dodawać przymiotnik „bad” (zły). Wszystko to stało się również przyczyną konfliktów z drugą brytyjską subkulturą – modsami.
Subkultura modsów powstała w końcu lat 50-tych po części jako reakcja na subkulturę Teddy boys’ów, po części zaś jako owoc konfliktu pokoleń pomiędzy nastolatkami i ich rodzicami. „The Modernists” wywodzili się z rodzin urzędniczych lub sami wykonywali w większości prace biurowe; chłopcy pracowali na poczcie, dziewczyny były sekretarkami lub sprzedawczyniami. Ostro akcentowali swoją odrębność od starszego pokolenia i poddawali krytyce lojalność rodziców wobec pracodawców, urzędników czy władz. Chcieli być traktowani jak dorośli, nie jak dzieci. Wyznawali ideologię „życia beztroskiego”: wolnego od pracy i zmartwień, spędzanego na zabawie i rozrywkach. [28] Przeciwstawiali się konwencjom i normom społecznym obowiązującym w świecie ich rodziców i dziadków. Marzyli o stworzeniu nowego, lepszego stylu życia – stąd nazwa: The Modernists (moderniści, nowocześni) i szczególny sposób ubierania. Modsi pragnęli bowiem wyglądać odmiennie, nowocześnie, toteż ubierali się ze szczególną elegancją, co miało symbolizować wolność od obowiązków i ich aspiracje konsumpcyjne.
Początkowo charakterystycznym strojem modsów były włoskie buty i obcisłe, szykowne garnitury, białe koszule, wąskie krawaty, ciemne okulary. Słuchali takich gatunków muzyki jak jazz, soul i blues, później ska, spotykali się w klubach tanecznych, gdzie spędzano czas na całonocnym tańcu.[29]
W latach 60-tych pojawił się nowy, wygodniejszy styl ubierania. W tym czasie można już jednak mówić o trzech różnych podgrupach wśród modsów. Pierwszą grupę stanowili młodzi ludzie rekrutujący się z wyższych szkół artystycznych. Preferowali oni styl, który nosił nazwę „collage boy” lub „ticket style”. Byli to najbardziej zniewieściali, snobistyczni i zarozumiali spośród wszystkich modsów.[30]
Styl „collage boy” był bardzo prosty, klasyczny. Noszono bardzo krótko obcięte włosy, proste, wąskie spodnie lub dżinsy, zamszowe buty, wojskowe amerykańskie kurtki tzw. „parkas” i tenisowe koszulki polo „Freda Perry’ego” (nazwane tak od mistrza tenisowego z Wimbledonu z 1930 roku) z charakterystycznym złotym wieńcem laurowym na piersi. Ticket style był preferowany przez dziewczyny należące do subkultury modsów. Nosiły one proste, niewyszukane ubrania, najczęściej męskie spodnie i koszulki. Miały wydepilowane brwi oraz krótko obstrzyżone włosy w stylu lat 20-tych – mocno natapirowane i wygolone na karku. Dziewczyny, w przeciwieństwie do chłopców nie stosowały makijażu.
Drugą grupą byli tak zwani „hard mods” (twardzi); nazywani tak, gdyż w większym stopniu akcentowali swoją niezgodę na otaczający ich świat. Nosili oni dżinsy i ciężkie, wysokie robotnicze buty przemysłowe; włosy obcinali bardzo krótko. Ten odłam modsów jest powszechnie uważany za prekursorów współczesnej subkultury skinheadów, która zaczęła kształtować się w późnych latach 60-tych.
Trzecim, najbardziej charakterystycznym odłamem modsów byli tak zwani „scooter boys” (chłopcy na skuterach), którzy ubierali się podobnie jak „collage boys” w wąskie spodnie, koszulki polo i wojskowe kurtki. Najmodniejsi i najlepiej ubrani z grupy nazywani byli „Faces” (czoło), inni, którzy nosili koszulki z wydrukowanymi na nich wielkimi numerami nosili miano „Numbers” (numery). Byli najbardziej liczną podgrupą modsów, toteż stali się synonimem całej subkultury. Wszyscy oni poruszali się na skuterach, które ozdabiali chromem i błyszczącymi dodatkami (np. lusterkami lub reflektorami) .
Skuter jest to mały, dwukołowy, lekki pojazd o pojemności pomiędzy 50 a 200 ccm; coś pomiędzy motorowerem a motocyklem. W latach 60-tych największą popularnością cieszyły się wygodne i tanie, proste w obsłudze, włoskie skutery: produkowana przez Piaggio – Vespa i należąca do rodziny Innocenti – Lambretta.
Dla modsów skuter był wyznacznikiem prestiżu, symbolem nowoczesności, elegancji i niezależności. „Przyozdobioną dodatkowymi lampami i lusterkami Lambrettą można było zadawać szyku, krążąc samotnie lub z dziewczyną pomiędzy kawiarniami i boutiqami na Carnaby Street, lub pomknąć całą zgrają na festiwal muzyczny do nadmorskiego Brighton”. [31]
Nadmorskie kurorty należały do miejsc najchętniej odwiedzanych przez modsów, ze względu na panującą w nich atmosferę zabawy, liczne festiwale i koncerty. Właśnie tam – w Brighton i Clacton wybuchł konflikt z subkulturą modsów i rockersów.
Modsi stanowili całkowite przeciwieństwo rockersów. Byli zadbani, eleganccy, podczas gdy rockersi – brudni, nieokrzesani i niechlujni. Dla rockersów z kolei byli oni „zniewieściałymi paniczykami” z makijażem, podczas gdy ideałem osobowym był „easy rider”: twardy, męski outsider. Motocykliści nie pretendowali zatem, tak jak modsi, do bycia nowoczesnym i schludnym, nie próbowali zmieniać świata, nie wyznawali także hedonistycznej ideologii. Pogardzali modsami, których uważali także za mięczaków w stosunku do kobiet, gdyż subkultura rockersów zakładała całkowitą męską dominację, podczas gdy wśród modsów, kobiety traktowane były tak samo jak mężczyźni.
Rockersi od modsów różnili się także stosunkiem do narkotyków. Choć bowiem ich sposób prowadzenia motocykli był stricte samobójczy, dostarczał tyle adrenaliny, że nie potrzebowali i nigdy nie pozwalali sobie na takie używki jak alkohol czy popularne wśród modsów narkotyki.
Wszystkie te różnice wpływały na obustronną niechęć i pogardę obu grup. Wojny – toczone w większości nocami na plaży rozpoczęły się w lecie 1963 roku. Były to niebezpieczne walki; modsi używali młotków i kijów, zaś rockersi łańcuchów motocyklowych. Kiedy w Wielkanoc 1964 roku w Clacton doszło do walk na ulicach i rozbijania witryn sklepowych, prasa nagłośniła konflikt obu grup, robiąc z niego regularną wojnę gangów.
Około 1968 roku wojny pomiędzy oboma grupami zostały zakończone, a subkultura „scooter boys” zaczęła upadać i wkrótce całkowicie zanikła lub przekształciła się w inne kultury młodzieżowe.[32] Jednym z powodów zmian była nowa moda – nastał czas fali Flower Power. Oprócz tego dawni modsi mieli już ponad 20 lat i większości rezygnowali z hedonistycznej ideologii na rzecz odpowiedzialnego życia i stabilizacji zawodowej.
Równocześnie, pod koniec lat 60-tych znacznie spadła liczba motocyklistów. Miało to związek zarówno z końcem mody na rock’n’rolla, jak i poprawą sytuacji gospodarczej Anglii.
W tym czasie coraz mniej było kawiarni (np. w 1969 roku zamknięto legendarną Ace Café) i nieformalnych grup rockersów. Na ich miejsce krystalizowały się formalne zrzeszenia i kluby motocyklowe. Jednym z największych i najbardziej popularnych z nich był „59 Club” założony w 1959 roku przez Reverenda Oatesa – chrześcijański klub młodzieżowy, otrzymujący dotacje rządowe jako organizacja społeczna przeznaczona do ważnych zadań socjalnych. Powstał on z inicjatywy motocyklisty, pastora Billa Shergolda, który postanowił zająć się robotniczą młodzieżą skupioną wokół cafe’s. Jego działania spotkały się z dużym zainteresowaniem i przychylnością ze strony „złych rockersów”, do tego stopnia, że pod koniec lat 60-tych klub zrzeszał już 13 tysięcy motocyklistów . [33]
W tym samym czasie obok klubów cieszących się aprobatą władz i poparciem społecznym zaczęły zawiązywać się w Europie pierwsze gangi na wzór amerykańskich Hells Angels czy Satan’s Slaves. Było to spowodowane m.in. końcowym załamaniem się w latach 60-tych angielskiego przemysłu motocyklowego, który od czasu drugiej wojny światowej słabł coraz bardziej, by w końcu zupełnie stracić na znaczeniu na rzecz importu japońskiego. „Bikersi z Europy, poszukując własnej identyfikacji uznali Harleya za symbol buntu i tęsknoty za wolnością. Nie rozwinęli jednak tak dużej energii kryminalnej, jak bracia z Oklahomy czy Teksasu. Przyrządzili swoje życie według amerykańskiej recepty, z uwzględnieniem lokalnych tradycji. Mimo zewnętrznych podobieństw gestów, harleyowiec z Europy nie przejął charakterystycznego dla amerykańskich outlaws patriotycznego, nieomal szowinistycznego światopoglądu.” [34]
W 1969 roku zostały utworzone dwa pierwsze oficjalne oddziały Hells Angels w Europie. Powstały one w Londynie i Windsorze, dzięki poparciu amerykańskich oddziałów H.A. w Oakland i San Francisco uzyskanemu przez działające w Europie kluby. [35] Był to początek rozprzestrzeniania się amerykańskich klubów „Outlaws” za granice Stanów Zjednoczonych. Wkrótce do oddziałów brytyjskich dołączyły niemieckie, francuskie i skandynawskie grupy. A w styczniu 1978 roku, kiedy, po 17-letnim okresie istnienia, „Satan’s Slaves” zdecydowali się przyłączyć do H.A., klub ten stał się największym i najbardziej znanym zrzeszeniem motocyklistów na świecie. [36]
Wraz z ilością oddziałów rosła także zła sława Hells Angels. Przyczyną było nie tylko nagłaśniane przez media agresywne zachowanie członków, podejrzenia o handel bronią i narkotykami oraz ścisła tajemnica, która okrywała działalność klubu, ale i konkretne dokonane przestępstwa. W 1969 roku „Aniołowie Piekieł” dwukrotnie zostali wynajęci jako agenci ochrony podczas koncertu sympatyzującego z nimi zespołu The Rolling Stones. Brytyjski oddział w londyńskim Hyde Parku 5 lipca 1969 roku znakomicie wywiązał się z zadania, natomiast podczas festiwalu w Altamont 5 miesięcy później amerykańscy dali wyraz swym ksenofobicznym postawom i zadźgali młodego Murzyna, co stało się powodem zamieszek, podczas których rozjechano motocyklami dwie osoby, a kilkadziesiąt pobito. Powodem ich agresji był fakt, że ów Murzyn towarzyszył białej kobiecie.
Lata 70-te i 80-te można nazwać okresem „boomu klubowego” różnego typu organizacji motocyklowych. Miało to związek z rozwojem przemysłu motoryzacyjnego – szczególnie azjatyckiego i powstawaniem nowych rodzajów motocykli przeznaczonych do różnego typu wykorzystywania. Obok motocykli sportowych, chopperów i tak zwanych „clasic bikes” (motocykli klasycznych) powstały motocykle turystyczne – przeznaczone do wygodnego podróżowania czy „enduro” – przeznaczone do jazdy w terenie. Wraz ze specjalizacją na rynku motoryzacyjnym, pojawiły się różnorodne kluby i zrzeszenia.
Współcześnie istnieje na świecie setki formalnych i nieformalnych klubów motocyklowych, zrzeszeń i organizacji. Wiele z nich kultywuje tradycję dawnych klubów. Nadal funkcjonuje, na przykład, legendarny „The BoozeFighters MC”. Obecnie ma on zasięg międzynarodowy. Centralny zarząd klubu mieści się Texasie, zaś jego oddziały znajdują się na całym świecie: w USA, Kanadzie, Europie i Australii. W ciągu ponad 50 lat zmienił się slogan BF. Zamiast „just to have fun” brzmi on teraz: „Lojalność, honor, szacunek, braterstwo. Niektórzy urodzili się znając znaczenie tych słów. Inni nigdy go nie pojmą.”
Na całym świecie działają także Hells Angels. W 1998 r. istniało 127 oficjalnych oddziałów tego klubu. Według oświadczenia sądowego z grudnia 1997roku, Hells Angels są największym gangiem motocyklowym na świecie, liczącym około 1200 członków w Stanach Zjednoczonych i 600 poza granicami USA.
Większość z klubów outlaws istniejących do dnia dzisiejszego, stara się kontynuować tradycje dawnych gangów zarówno w kultywowanych zwyczajach i sposobie zarabiania pieniędzy (narkotyki, hazard, handel bronią), jak i w oczach opinii publicznej.

Do takiego stanu rzeczy przyczyniają się ciągłe zamieszki pomiędzy poszczególnymi grupami. Wybuchają one zwłaszcza w Nowym Jorku w USA, gdzie nieomal każda dzielnica ma swój gang[38] i krajach skandynawskich, gdzie w wyniku zamachów antagonistycznych grup ginie corocznie kilka osób. Najgłośniejsze zamieszki miały miejsce w 1996 roku w Danii, kiedy rozgorzały walki pomiędzy lokalnymi oddziałami Banditos i Hells Angels. Zanim brygadom antyterrorystycznym udało się rozbić uzbrojonych w granaty i broń przeciwpancerną motocyklistów, zginęło siedem osób, a wiele więcej zostało rannych.
Po tych wydarzeniach władze duńskie i sąsiadujące z nimi władze niemieckie zakazały zakładania nowych grup motocyklowych i przez kilka miesięcy co pewien czas profilaktycznie pacyfikowały istniejące kluby .[39]
W ciągu ponad stuletniej historii motocykla i rozwoju motocyklizmu, wyraźnie widać, że specyfika używania jednośladu, jak i stosunek do niego, kształtowały się w zupełnie inny sposób niż traktowany był i jest obecnie samochód. W czasie, gdy większość samochódów spowszechniała do roli zwyczajnego, wykorzystywanego codziennie środka transportu, motocykl stał się czymś w rodzaju atrybutu wolnego czasu czy symbolu o szerokim znaczeniu. Jego sezonowe wykorzystanie w krajach o takim klimacie jak w Polsce czy użytkowanie w dni wolne od pracy, sprawiają, że jest on pojazdem niezwykłym, niecodziennym, który wciąż budzi powszechne zainteresowanie i szacunek. Ma na to wpływ również specyfika jazdy, gdyż motocykl pozwala: „na poczucie prawdziwej swobody i piękna jazdy. Weekendowe wycieczki motocyklowe, których głównym celem jest przyjemność, są sposobem na odreagowanie po całym tygodniu pracy.”[40] Wszystko to decyduje, że jazda na motocyklu, staje się czasami czymś więcej niż hobby. Współcześny ruch motocyklowy pokazuje, że jest to wręcz sposób na życie.

Każdy, kto wpisze do internetowej wyszukiwarki hasło hipisi, zetknie się z w sumie pozytywną oceną tego ruchu. Hipisi głosili przecież, że trzeba czynić miłość, a nie wojnę, wszyscy ludzie są braćmi, a przyjaźń i wolność są cenniejsze niż pieniądze. Zaledwie dwa lata od powstania tego ruchu te piękne hasła okazały się być bez pokrycia. Zbuntowana młodzież amerykańska okazała się niebywałą, ogólnonarodową katastrofą i potępiona przez społeczeństwo własnymi rękami zaczęła wykonywać na sobie wyrok śmierci.

Chcąc zrozumieć to, co się wydarzyło, trzeba się cofnąć ponad dziesięć lat wstecz od powstania ruchu hipisowskiego, datowanego na pierwszą połowę 1967.

Wynalazcy tabletek szczęścia

Po odkryciu w połowie lat pięćdziesiątych pierwszego sztucznego środka odurzającego – LSD, w Kanadzie znalazła się grupa lekarzy psychiatrów w poważnym wieku (po czterdziestce), którzy starali się udowodnić, że oto wynaleziono cudowne lekarstwo. Na ich czele stał dr Humphry Osmond. Korzystając z poparcia dziekana wydziału psychologii uniwersytetu w Edmonton – Duncana Blewetta, zaczęli doświadczenia na schizofrenikach w uniwersyteckiej klinice psychiatrycznej. Następnie zajęli się alkoholikami, którym podawali LSD zmieszane z winem. W międzyczasie doszli do wniosku, że nie powinni namawiać innych ludzi do zażywania LSD, sami unikając tego specyfiku… Tym zabawom z narkotykami postarali się nadać jak najbardziej naukową oprawę, gromadząc dokumentację doświadczeń, układając zestawienia statystyczne i pisząc tasiemcowe referaty o błogosławionym wpływie swoich „tabletek szczęścia” na chorych psychicznie i nałogowców. Szczególnie mocno podkreślali jednak, że pod wpływem LSD ludzie uzyskują nadzwyczajne zdolności umysłowe, niejako wychodzą poza siebie samych i stają się geniuszami. Słuchając wystąpień tych ludzi w kanadyjskiej telewizji można było dojść do wniosku, że LSD okaże się wkrótce tym samym w leczeniu chorób psychicznych i uzależnień, czym penicylina w zwalczaniu zapalenia płuc i chorób wenerycznych.

W komunie hipisów

Był to jednak dopiero początek podboju świata zachodniego przez syntetyczne narkotyki. Pragnąc rozreklamować swoje osiągnięcia w wielkim świecie wynalazcy „tabletek szczęścia” udali się z walizkami pełnymi LSD i metedryny do Los Angeles, licząc (i słusznie), że znajdą tam wdzięczne pole do farmakologicznej zmiany natury ludzkiej wśród aktorów, pisarzy i reżyserów. Jednym z chętnych do doznawania odmiennych stanów świadomości okazał się dożywający ostatnich lat w LA wybitny twórca literatury fantastyczno-naukowej – Aloydus Huxley. Po pewnym czasie dostrzegł, co robią z ludźmi takie sztuczne zamienniki dobrego humoru i próbował powstrzymać „leczenie” chorych na złe nastroje. Było już jednak za późno. „Nowy, wspaniały świat” właśnie zaczynał się tworzyć.

Narkotykowy prorok

Największym marzeniem Osmonda i towarzyszy jego przekonań było znalezienie uznania na którejś z wielkich wyższych uczelni amerykańskich, najchętniej na uniwersytecie im. Harvarda, skąd ich doktryna powinna rozpowszechnić się po całym świecie. W 1961 r. do zażywania LSD przekonali trzech pracowników naukowych wydziału psychologii tegoż uniwersytetu, którzy rzecz jasna ukuli z tego teorię naukową i zaczęli prowadzić rozległe badania, podając „tabletki szczęścia” więźniom, zakonnicom i komu tylko popadło.

Triumfalny pochód rzekomej psychicznej penicyliny zakończył się, kiedy zaintrygowane tą sprawą amerykańskie siły zbrojne przeprowadziły doświadczenia, mające wykazać, czy LSD i podobne preparaty umożliwiają podwyższenie sprawności dowodzenia, przezwyciężenie wstrząsu bitewnego itp. Okazało się, że ochotnicy, którzy zgłosili się do tych doświadczeń, po dłuższym zażywaniu tych proszków zamiast poprawy samopoczucia i zwiększenia możliwości umysłowych doznawali silnych napadów lęku, a nawet ataków szału. Poza tym popadli w uzależnienie i wszyscy bez wyjątku nie nadawali się do dalszej służby wojskowej. Wystraszeni nie na żarty generałowie zaczęli zabiegać u władz wszystkich szczebli o przeciwstawienie się rozpowszechnianiu tych trucizn.

Również oni zdali sobie zbyt późno sprawę, że mają do czynienia z substancjami zdolnymi wywołać katastrofę społeczną. W tym czasie prawdziwy rozmach rozpowszechnianiu środków odurzających nadał Tymoteusz (Timothy) Leary. W roku ’64 ten wykładowca uniwersytetu im. Harvarda wydał wraz z dwoma kolegami (Alpert i Metzner) książkę p.t. Utopiates. Równocześnie rozpoczął wydawanie kwartalnika The Psychodelic Review. Swoim nałogiem zaraził wkrótce wielu studentów i młodych pracowników naukowych, za co został z hukiem wyrzucony z uniwersytetu. Skorzystał z tego, aby ogłosić się męczennikiem, cierpiącym za sprawę wyzwolenia człowieka z ciasnych pojęć drobnomieszczaństwa. Pomimo utraty dobrze płatnych posad na tych ludzi miała jeszcze spaść złota manna.

Kiedy pewien młody spadkobierca milionera (jak należy się domyślać – usidlony przez narkotyki) podarował Leary’emu i Alpertowi kilka milionów, zaczęły się dla nich wspaniałe czasy. Alpert osiedlił się na zachodnim wybrzeżu, a Leary z Metznerem na wschodnim. Dwaj ostatni zaczęli budować państwo narkomańskie w miejscowości Millbrook (kilkanaście mil od Nowego Jorku). Czas płynął im tam szybko na libacjach narkotykowych i orgiach. W chwilach przytomności pisali coraz to nowe bzdury i wysyłali je do druku oraz do tzw. podziemnych (nadających bez formalnego zezwolenia ze statków zakotwiczonych na wodach międzynarodowych i opuszczonych platform morskich) radiostacji.

Ujmując rzecz najkrócej, wraz z innym obywatelem amerykańskim – Alanem (Allen) Ginsbergiem (który rozpoczął swoją działalność już w 1953 r.), starali się przekonać młodzież do uprawiania wolnej miłości (w tym homoseksualnej) oraz zażywania narkotyków, przedstawiając to jako niezawodną receptę na oszałamiające szczęście.

Światowa stolica narkomanów – San Francisco

Mimo niewątpliwych osiągnięć środowisk artystycznych Londynu i Liverpoolu (Rolling Stones, The Beatles, The Moody Blues, dokonujących zresztą od ’64 „brytyjskiej inwazji” na Stany Zjednoczone) w rozpowszechnianiu idei przedhipisowskich, największym ośrodkiem tego, co określano mianem psychodelii (czyli życia i twórczości w cieniu narkotyków) było San Francisco. Psychodelicy nadali temu miastu nazwę Psychodelfia; najwyraźniej było dla nich wyrocznią w dziedzinie najbardziej skrajnej odmiany tzw. popkultury. W szczególności jedna z ulic – Height Street, zamieniła się w największą na świecie aleję handlową dla adeptów i sympatyków narkomanii. Sprzedawano tam m. in. mieniące się wszystkimi kolorami błyszczące świecidełka do naklejania na czoło (wpływ fascynacji destylowanym hinduizmem); tureckie fajki wodne i kadzidła do usuwania zapachu haszyszu (a jakże!); wielkie podobizny Leary’ego (z kwiatem w zębach; kiedyś rozpowszechnione wyobrażenie wariata); okulary z rozszczepiającymi światło szkłami i inne, podobne urządzenia, mające wywoływać potężny szum w głowie nawet bez zażycia narkotyków. Nie ukrywano przy tym specjalnie, że głównym celem są jednak narkotyki.

Manson (w górze, w środku) w otoczeniu najwierniejszych

Członkowie rady miejskiej sami już nie wiedzieli, co o tym myśleć. Z jednej strony było im wstyd z powodu gromadzenia się w ich mieście nowego rodzaju wyrzutków, a z drugiej – ze strony tych oszołomów nie groziło (przynajmniej z początku) niebezpieczeństwo dla reszty ludności. Przede wszystkim zaś właściciele tych sklepów płacili coraz większe podatki do kasy miejskiej. Wreszcie każdy, kto próbowałby dobrać się do skóry psychodelikom, musiał się liczyć z gniewną reakcją znudzonych, młodych bogaczy, którym narkotykowe zabawy wydawały się świetnym sposobem na urozmaicenie życia. Podobne czynniki, hamujące działanie stróży prawa i porządku, występowały w Anglii.

Narodziny ruchu hipisowskiego

Opisana powyżej w zarysach sytuacja ukształtowała się w pełni w roku 1966. Ogromny wpływ na to miały działania wojenne drugiej wojny indochińskiej, zwanej mylnie wietnamską, a ujmując rzecz ściśle, bezpośredni udział w tych działaniach amerykańskich poborowych. Nie rozwodząc się szerzej nad tym tematem, trzeba wspomnieć, że w tej wojnie środki masowego przekazu i wpływowi politycy w samych Stanach od początku przeszli na stronę komunistów. Wyjaśnienie tego zjawiska podałem już częściowo w artykule Amerykański plan zniszczenia komunizmu. W grę wchodziło też oczywiście wiele innych czynników, na omówienie których nie ma tu miejsca. Dla tematu początków podkultur (subkultur) młodzieżowych istotne jest wzięcie pod uwagą, że sprzeciw wobec udziału młodych amerykańskich żołnierzy w tym olbrzymim starciu Wschodu z Zachodem stał się niesłychanie modny i jak to się określa, „społecznie nośny”. Oczywiście nazywano to walką o pokój, buntem przeciw establishmentowi (czyli rzeczywistym ośrodkom władzy, wymykającym się demokratycznej kontroli), itd., itp., ale tak naprawdę chodziło wyłącznie o strach młodych amerykańskich mężczyzn (praktycznie jeszcze chłopców – przeciętna wieku rekruta na polach bitew w Wietnamie wynosiła 19 lat) przed śmiercią i okaleczeniem na wojnie, której (o czym codziennie zapewniała ich telewizja) nie można wygrać i która służy wyłącznie bogaceniu się właścicieli fabryk broni. Bezpośrednim następstwem powiązań poprzedników hipisów – Dzieci Kwiatów, z ruchem przerażonych poborowych było zapuszczanie włosów przez dorastających chłopców; długie włosy były niedozwolone dla żołnierzy przez ówczesne regulaminy.

Takie oto czynniki stanęły u kolebki hipisów i od początku kształtowały ich oblicze. W sobotę 14 stycznia 1967 r. w Parku Złote Wrota (Golden Gate Park) w San Francisco odbyła się impreza określona przez organizatorów jako Zgromadzenie Wszystkich Plemion albo Stawanie się Człowieka. Biorąc pod uwagę to, co stwierdzono wyżej, nie powinien dziwić fakt, że głównymi animatorami tej imprezy byli Ginsberg i Leary (oraz Allen Cohen). Ci ludzie skorzystali ze sposobności do puszczenia w obieg kilku dalszych idei, stanowiących uzupełnienie ich dotychczasowych haseł. Najważniejszą z nich było twierdzenie, że tryb życia stanowiący dotąd wzór postępowania w amerykańskim społeczeństwie – pilna nauka w szkole, wytrwała praca i gromadzenie możliwie jak największego majątku osobistego jako miara powodzenia w życiu – to wyścig ogłupiałych i pozbawionych wszelkiej nadziei na prawdziwe szczęście szczurów. Takie postępowanie – pouczali młodzież – prowadzi wyłącznie do utrwalenia „systemu”, który ponosi winę za śmierć milionów niewinnych ludzi w Indochinach. Tego dnia świat ujrzał też stroje hipisów, lansowane przez mówców i wykonawców muzyki młodzieżowej poprzez ich osobiste noszenie. Nie wdając się w tym miejscu w bardzo szerokie i nazbyt daleko idące rozważania pragnę podkreślić, że ani te hasła, ani techniki oddziaływania na masy nie były czymś nowym. Podobny ruch stanowiła „biotechnika” wybitnego rosyjskiego reżysera teatralnego pochodzenia żydowskiego Wsiewołoda Meyerholda w latach dwudziestych w …Związku Radzieckim (!).

określono jako „kalifornijskie lato miłości”, a to ze względu na masowe ucieczki z domów młodzieży w wieku szkolnym, która poprzednie miesiące najwyraźniej przeznaczyła na omówienie z rodzicami i wychowawcami haseł panów G., L. i C. oraz dojście do wniosku, że „starzy” są niereformowalni i tylko opuszczenie rodzinnych progów może zapewnić chłopcom i dziewczętom obiecane im niesamowite szczęście. W drodze do tworzących się właśnie komun hipisów w wielkich miastach młodzi gniewni uprawiali wolną miłość, z reguły grupowo, korzystając z gwarantowanych w tej części świata przez przyrodę podzwrotnikowych upałów. Po drodze zaliczyli też festiwal muzyczny w Monterey. 50 tysięcy młodych widzów płci obojga przybyło na występy najbardziej znanych zespołów, wykonujących muzykę młodzieżową. Było też wielu debiutantów, takich jak Janka (Janis) Joplin i czarny Kubuś (Jimi) Hendrix. Wystąpiły znane zespoły balladowe, tworzące muzykę stanowiącą ciąg dalszy kultury śródziemnomorskiej (wpadająca w ucho melodia jako podstawowy składnik muzyki – piękny, przejmujący śpiew do wtóru gitar): „The Byrds”, „Jefferson Airplane”, „Otis Redding”, a przede wszystkim „The Mammas and the Pappas”. Jednak sensację wzbudził Hendrix, który pod koniec koncertu „odbył stosunek z gitarą”. W tym samym czasie (nie w Monterey co prawda) pojawił się na scenie Kuba (Jimmie) Morrison z zespołem „The Doors”, który podczas występów rozbierał się do naga i jeszcze wielu, wielu innych, wrzeszczących: „Ojcze, chcę cię zabić, matko, chcę cię zerżnąć!” itd., itp.

Niemożność wprowadzenia haseł hipisowskich w życie i szybkie zwyrodnienie tego ruchu

Hipisi, pochodzący z grona uczniów i studentów, którzy odwrócili się plecami do beznadziejnie zepsutego ich zdaniem społeczeństwa i przerwali naukę, uznali, że ich jedynym wybawieniem (i wybawieniem dla świata) jest utworzenie społeczeństwa alternatywnego, zwanego kontrkulturą. Już latem 1967 r. starsi wiekiem studenci, mający jakieś pojęcie o prawie cywilnym i księgowości, zaczęli na zlecenie społeczności hipisów zawierać umowy o wynajmie domów. Na miejsce zwartego osiedlenia wybierano przeważnie rejony zabudowy dawnych kamienic czynszowych sprzed pierwszej wojny światowej. Działo się tak z bardzo przyziemnego powodu; wysokość opłat za dzierżawienie takich domów była najniższa. Wiązało się to z tym, co można śmiało uznać za podstawową słabość głównego nurtu ruchu hipisowskiego; doktrynerską niechęć do pracy zarobkowej. U hipisów było tak, że jakimkolwiek mniej lub bardziej uczciwym zarabianiem pieniędzy (w warunkach praktycznego braku bezrobocia w ówczesnej gospodarce amerykańskiej) zajmowała się nie więcej niż co piąta osoba. Co się działo z pozostałymi?

Znalazła się pewna liczba takich, którzy wykorzystując swój urok osobisty potrafili skłonić okolicznych sklepikarzy do dzielenia się z cudacznymi przybyszami produktami spożywczymi. Działo się to na rożną skalę i w zamian za różne gesty ze strony hipisów. Ten sposób, zgodny z hasłami ruchu, miał jednak krótkie nogi. Choćby z tego powodu, że lata sześćdziesiąte stały się okresem gwałtownego zanikania małych sklepów, w których właściciel sam stał za ladą. Pożerały je supersamy i hipermarkety, w których miły uśmiech i idealistyczna paplanina hipisów nie mogły już liczyć na odwzajemnienie chlebem i kiełbasą.

Już w roku 1966 czyli w okresie formowania się pierwszych ogniw kontrkultury dotkliwą chorobą społeczną Ameryki stała się sytuacja nastoletnich uciekinierów i uciekinierek w wielkich miastach. Ich liczba w Nowym Jorku (największe skupisko) dochodziła do stu tysięcy. Żyli z tego, co zwykle dzieci ulicy na całym świecie; włamań i kradzieży oraz prostytucji. Amerykańska specyfika tamtych czasów polegała na masowym oferowaniu przez te zbłąkane dziewczęta i chłopców usług lesbijskich i homoseksualnych. Zaczepiali mężczyzn i kobiety w parkach i na skwerach. Już wkrótce te same metody zarabiania pieniędzy znalazły szerokie zastosowanie na styku dzielnic hipisów i dzielnic „normalnych”. Z tą różnicą, że ponad sprzedawanie własnego ciała hipisi przedkładali kradzieże i włamania. Policja już wkrótce zdała sobie sprawę, że te zjawiska przerastają jej możliwości i dała za wygraną. Dzielnice młodych gniewnych stały się idealnym żerowiskiem mafii. Ze strony policjantów i ogromnej większości zwykłych ludzi zaczęła narastać nienawiść do poszukiwaczy szczęścia, co mniej więcej oznacza po angielsku słowo hippies. Tym bardziej, że prócz opinii niedomytego anarchisty i sympatyka komunizmu już wkrótce do hipisa przylgnęła jeszcze jedna etykietka – maniakalnego mordercy.

„Świnie to wy!”

Dwudziesty wiek nauczył ludzkość, że każdą skrajność można zamienić w jeszcze większą skrajność, aż zostanie przekroczona granica szaleństwa i zbrodni, poza którą nie ma już litości ani przebaczenia. To właśnie przytrafiło się amerykańskiej kontrkulturze lat sześćdziesiątych.

22 listopada 1967 r. aresztowano niejaką Karolinę Metherd – hipiskę, narkomankę i wyrodną matkę, która w narkotycznym zamroczeniu zakłuła nożem swojego synka – niemowlaka. Zdjęcie tej zwyrodniałej, brzydkiej chłopczycy (ujęto ja w zakrwawionych dżinsach i koszulce z krótkimi rękawami) obiegło Stany i świat. Po raz pierwszy ukazał się obraz podkultury hipisów jako krwawych szaleńców, przeżartych przez narkotyki.

Dopiero teraz policja przypomniała sobie o swoich obowiązkach wobec młodzieży. W ciągu kilku następnych dni zatrzymano i siłą odstawiono do rodziców i opiekunów ponad 90 tysięcy zbiegłych z domu nastolatków i nastolatek.

w willi sławnego reżysera i aktora Romana Polańskiego w Hollywood, dokonano barbarzyńskiego mordu na jego ciężarnej żonie – aktorce Sharon Tate oraz jej gościach i domownikach (sam Polański przebywał w tym czasie w interesach w Europie). Maniakalni mordercy pozostawili na ścianie krótkie uzasadnienie swojego czynu: „Świnie to wy!”. Tym słowem określano w najbardziej radykalnych środowiskach kontrkultury ludzi zamożnych, nie chcących podzielić się swoim bogactwem z naprawiaczami świata. Po wielu miesiącach poszukiwań specjalne jednostki Federalnego Biura Śledczego (FBI) pojmały blisko dwustuosobową bandę (kobiety chodziły nago i należały do wszystkich) zupełnie oszalałych pod wpływem narkotyków radykalnych hipisów – rzeźników z willi Polańskiego – pod wodzą niejakiego Charlesa Mansona, który ogłosił się mesjaszem.

Teza…

Opinia publiczna w Stanach Zjednoczonych i w całym świecie zachodnim podzieliła się natychmiast na dwa obozy. Ogromna większość była zdania, że środowiska „kontestującej młodzieży” stały się rozsadnikiem narkomanii, przestępczości i wszystkiego, co najgorsze. Tę opinię potwierdzili szefowie policji. Większość przeciętnych Amerykanów zaczęła wytykać palcem na ulicach wszystkich brudnych włóczęgów i wołać: „Świnie to oni!”

Mniejszość tzw. postępowych intelektualistów i dziennikarzy w kraju i za granicą piętnowała skrajnie prawicowy spisek, broniąc ruchu hipisowskiego, który ich zdaniem nie miał nic wspólnego z tą okropną sprawą.

Kolorowa teza i czarna antyteza

W tym czasie było już jasne, że przeciw hipisom zaczęły działać dwa czynniki, które wkrótce zetrą ich z powierzchni ziemi. Najważniejszym była narkomania i jej skutki. Jak podał anonimowo w ‘69 jeden z przywódców hipisów w Atlancie, co dziesiąty mieszkaniec „kolorowej dzielnicy” jest tak zaćpany, że wychodzi z domu wyłącznie w celu zdobycia pieniędzy, narkotyków i żywności ze śmietników. Co czwarta osoba miała jakąś chorobę weneryczną albo żółtaczkę (skutek używania wspólnych igieł do wstrzykiwania heroiny). Znaleźli się jednak tacy, którzy nie zamierzali przyglądać się bezczynnie agonii hipisów i postanowili ją przyspieszyć, rabując ich i mordując.

[cytat]„Nasze życie jest prawdą. Łączą nas więzy przyjaźni. W życiu najważniejszy jest przyjaciel. Jesteśmy bogaci, choć nie mamy ani centa. Tylko przyjaźń.” [autor]Hell’s Angels 4, Breed 1, „Time”, z 22 III 1971 r.[/autor][/cytat]

Takie piękne hasła, łudząco podobne do haseł hipisów, głosili ich najgorsi wrogowie – największy gang motocyklowy Stanów Zjednoczonych – Anioły Piekieł (Hell’s Angels). Poza tym jednak te dwa ugrupowania młodych wariatów różniło wszystko, począwszy od stroju. Często kolorowe do ciężkiej przesady ciuchy hipisów, piekielni aniołowie uważali za zupełne dno i programowo stroili się w czerń i chromowany metal swoich kurtek. Ich poglądy społeczno-polityczne były odwrotne do poglądów hipisów: opowiadali się za bezwzględną rozprawą z Wietnamem Północnym i nienawidzili Murzynów i pacyfistów.

„Tworzą oni rodzaj podkultury, porwani magią swoich maszyn i rozkoszami życia nieograniczonego prawem. Wielu z nich to znakomici mechanicy, potrafiący rozebrać i złożyć owe motory z nieomylnością żołnierza naprawiającego broń. Dosiadłszy swych metalowych potworów mogą jechać, gdzie chcą i kiedy im się podoba. Być może siła ich maszyn przerasta siłę ich dusz. Ryk, pęd, dygotanie motocykla wyzwala w nich przeświadczenia, że tak jak do ich maszyn, tak i do nich samych nie stosują się ograniczenia, którym podlegają zwykli śmiertelnicy.”Tak opisywała ich ówczesna prasa amerykańska.

Gangi motocyklowe były znacznie bardziej dolegliwe niż hipisi, ponieważ w przeciwieństwie do nich ich członkowie nigdy nie plamili się jakąkolwiek pracą. Pieniądze nie były im na nic potrzebne. Rzeczywiście nie mieli ani centa, ponieważ wszystko, czego potrzebowali, dawano im za darmo pod groźbą użycia pałek, łomów, noży, kastetów i rewolwerów. Właściciel przydrożnego baru czy też stacji benzynowej był szczęśliwy, kiedy co najmniej stuosobowa banda zmotoryzowanych odmieńców opuszczała jego podwórko, zadowoliwszy się paliwem albo skrzynką piwa. Również jeden czy dwa radiowozy z biura wiejskiego lub małomiasteczkowego szeryfa nie były dla takiej gromady żadnym przeciwnikiem.

…i antyteza

Przez wiele lat wydawało się, że gangi motocyklowe nie mają ochoty opuszczać słonecznej Kalifornii, gdzie się narodziły. Tam też doszło do skandalicznego wydarzenia, które rozpatrywano potem jako koniec złudzeń krótkiej epoki „dzieci-kwiatów”. Koncert zespołu Rolling Stones w Altamont (w pobliżu San Francisco, 6 XII 1969 r.) mający przewyższyć Woodstock jako wydarzenie muzyczne, zamienił się w pole popisów brutalności młodzieżowej podkultury. Drugi słynny zespół brytyjski, który żył dotąd w cieniu Beatlesów, wobec nieuchronnego rozpadu „czwórki z Liverpoolu” uznał za stosowne pokazać się swoim fanatycznym wielbicielom na żywo. Po zakończonym odpowiednim do oczekiwań jego członków powodzeniu (zwłaszcza finansowym; po milionie dolarów zysku dla nich i ich menadżera: objazd z występami po Stanach miał miejsce w listopadzie) zapragnęli wynagrodzić publiczność bezpłatnym koncertem.

Na miejsce odbycia tej imprezy wynajęto nieużywany tor wyścigowy, należący do niejakiego Ryśka (Dicka) Cartera – jednego z miejscowych przedsiębiorców. Do pilnowania porządku powołano ubrany w czarne kurtki skórzane (co wyróżniało ich z tłumu niczym mundury) gang motocyklowy Anioły Piekieł (Hell’s Angels). Dopisali też handlarze narkotyków, kręcący się w trzystutysięcznym tłumie i sprzedający nie tylko marihuanę i LSD, ale również (nowość) haszysz i tabletki LSD nasączone amfetaminą.

W tłumie liczącym 350 tysięcy odurzonych młodych ludzi żadna normalna policja ani nawet duża firma ochroniarska nie byłaby w stanie dopilnować porządku. Natomiast Aniołów wszyscy się bali.

Metalowi „aniołowie”, od dawna rozmiłowani w brutalnym rozprawianiu się z każdym, kto im stanął na drodze, dodatkowo pozbawieni samokontroli przez narkotyki, zamienili to widowisko w przedsionek piekieł. Ich największym wyczynem było zamordowanie tuż pod sceną Murzyna – Mereditha Huntera. Prawdopodobnie przyczyną było to, że towarzyszyła mu ładna, biała dziewczyna. Z drugiej strony był to wyraźny odwet za murzyńskie rozruchy i działalność organizacji terrorystycznej Czarne Pantery. To zabójstwo miało miejsce w chwili, gdy Mick Jagger śpiewał jeden ze swoich najnowszych przebojów – Sympathy for the Devil (ang. sympatyzuję z diabłem). Koncert Rolling Stonesów został uznany za prawdziwe objawienie Lucyfera. Tym łatwiej, że Jagger oddawał się w tym okresie za namową A. Ginsberga praktykom satanistycznym.

Marzenie wszystkich gliniarzy na nasz widok; malowidło na jednym z motocykli gangu

Reakcja na te wydarzenia była dwojaka. Z jednej strony prasa zachodniego wybrzeża pisała o wielkim osiągnięciu muzycznym i kasowym. Z drugiej kaznodzieja Billy Graham (kapelan urzędującego prezydenta Nixona), oburzony do tego stopnia, że nie żałował słów wulgarnych, oskarżył przywódcę Stonesów o celowe doprowadzenie do tej tragedii i wzbogacenie się o pół miliona dolarów kosztem zepsucia i poniżenia narodu amerykańskiego.

Ta tragiczna sprawa toczyła się dalej w sądzie. Ponieważ cała ta impreza została sfilmowana (aby zrobić reklamę Stonesom), więc odnalezienie sprawców morderstwa nie nastręczało większych trudności. Na początku następnego roku do odpowiedzialności pociągnięto niejakiego Alana Dawida Passaro. Jednak zręczny adwokat wmówił przysięgłym, że Murzyn wyciągnął pistolet i celował w Micka Jaggera. Zabójcę uwolniono od winy i kary.

Był to wielki błąd, ponieważ umożliwiło to wynajęcie Aniołów Piekieł i innych gangów motocyklowych do ochrony wykonawców na następnych podobnych imprezach. W wyniku rok 1970 miał być tym, w którym ta plaga została rozwleczona po całych Stanach i Kanadzie.

4 lipca na ogrodzonym polu sojowym we wsi Byron w pobliżu Atlanty rozpoczął się Międzynarodowy Festiwal Muzyki Pop w Atlancie (Atlanta International Pop Festival).

Szkolna maskarada 2004

„Trzydniowe święto muzyki, narkotyków i publicznego uprawiania miłości” (określenie ówczesnej prasy amerykańskiej) w wykonaniu dwustutysięcznego tłumu odbyło się pod okiem i pałką gangów motocyklowych, z Banitami (Outlaws) na czele. Tym razem obyło się bez krwawych popisów, ale po otrzymaniu zapłaty Banici postanowili zwiedzić Atlantę, a przy okazji odwiedzić tamtejszą dzielnicę hipisów, liczącą około dziesięć tysięcy mieszkańców. Tak im się spodobało bezkarne ograbianie jej mieszkańców, że postanowili zostać z nimi na stałe. W ciągu następnych miesięcy około pięciuset motocyklistów i motocyklistek terroryzowało, rabowało, uprowadzało, gwałciło i mordowało hipisów i hipiski. Z około dziesięciu tysięcy mieszkańców dzielnicy poszukiwaczy szczęścia na miejscu pozostało jeszcze tylko trzy tysiące, a zamieszkane przez nich kamienice zamieniły się w pilnie strzeżone fortece. Policja przyglądała się temu z bronią u nogi: „Co u diabła? To przecież tylko brudni hipisi i przeklęte gangi motocyklowe!” Na pytania coraz bardziej przerażonego tą sytuacją burmistrza szefowie policji odpowiadali: „Z tego co wiemy, wynika, że na motocyklistów prawie w ogóle nie wpływają skargi. Nie możemy ich przecież aresztować tylko za to, że są motocyklistami.” Ta postawa policji wynikła z tego, w jaki sposób hipisi przyjmowali próby wyplenienia narkotyków w ich dzielnicy. Kiedy policja aresztowała hipiskę, przy której znaleziono znaczną ilość narkotyków, w nocy z 11 na 12 XII wybuchły rozruchy; gromady uzbrojonych hipisów zaatakowały posterunki. Trzech policjantów i dwóch zbuntowanych młodzieńców zostało rannych. Trzy tygodnie później doszło do wielkiej próby sił między uzbrojonymi po zęby (m. in. w szybkostrzelne karabiny M-16) doprowadzonymi do ostateczności hipisami a gangami motocyklowymi. Kiedy w wigilię Bożego Narodzenia motocykliści uprowadzili za miasto parę hipisów (chłopak został zamordowany po torturach, dziewczynie udało się uciec i o wszystkim opowiedzieć), hipisi zajęli stanowiska obronne w całym mieście. W nocy z 29 na 30 XII doszło do walk ulicznych; motocykliści zostali krwawo odparci. Tym razem policja uznała, że musi wreszcie wkroczyć do akcji. Obawiano się, że uzbrojeni hipisi mogą zacząć dokonywać napadów na sklepy na pobliskiej głównej ulicy handlowej Atlanty. W dawnej rezydencji konsula francuskiego przeprowadzono rewizję. Znaleziono cały arsenał broni, w tym granaty. Aresztowano 17 osób, w tym jednego z oskarżonych o dokonanie masakry w My Lai (był nim narkotyzujący się hipis Robert T. Souvas). Pod zarzutem morderstwa postawiono przed sądem osiemnastoletniego hipisa – Jana Wesleya (John Wesley) Robertsa, który przyznał się do zastrzelenia słynącego z wyjątkowej agresywności olbrzymiego (220 centymetrów wzrostu) motocyklisty Barneya Leigh McShherry’ego (lat 22), zwanego Drzewo. W kieszeni tego ostatniego znaleziono naładowany rewolwer i sąd przysięgłych uniewinnił hipisa, uznawszy, że działał w obronie własnej przeciw napastnikowi, który wdarł się do domu hipisów na czele swej bandy. Był to już jednak koniec „Nowego Jorku Południa”. Rozwścieczeni motocykliści obiecali krwawą zemstę, a hipisi nie wytrzymali nerwowo i postanowili nie czekać na spełnienie tej obietnicy. W całym kraju społeczności hipisów zaczęły się rozpraszać na mniejsze grupy i ukrywać na wsi i po lasach. Tymczasem policja przystąpiła do poskramiania gangów motocyklowych.

Nie miała zresztą innego wyjścia, skoro te gangi wzięły się za łby między sobą, tworząc przy tym zagrożenie dla osób postronnych.

W sobotni wieczór 6 marca 1971 r. na wystawie motocykli w Domu Kobiet Polskich w Cleveland Anioły Piekieł stoczyły bitwę na noże ze swoimi rywalami ze wschodniego wybrzeża – Plemieniem (Breed). Wynik liczony w zabitych był 4 : 1 dla Aniołów. Jeden z członków Stada został najpierw wykastrowany, a dopiero potem zakłuty. Tak wspominał ze zgrozą to zajście jeden z ochroniarzy:

[cytat]„Próbowałem ich rozpędzić, ale zostałem powalony, a kiedy usiłowałem wstać, pośliznąłem się we krwi. Cała podłoga spływała krwią.”[autor]Ibidem[/autor][/cytat]

Tym razem przysięgli się nie patyczkowali. Spośród 57 aresztowanych wyodrębniono w końcu 6 najbardziej podejrzanych, których (wobec braku niepodważalnych dowodów winy) skazano na dożywocie.

W roku 1973 wytoczono proces wodzowi Aniołów Piekieł – Rafałowi Bargerowi, liczącemu sobie wówczas lat 34, przezywanemu Sonny (Ralph „Sonny” Barger) i w poszlakowym procesie o podjudzanie do zabójstwa skazano na wieloletnie więzienie. W 2004 opublikowano jego autobiografię, w której twierdzi, że wszystkie okrutne czyny przypisywane jego ludziom to wymysł prasy i policji, działającej na życzenie rzeczywistych ośrodków władzy Stanów Zjednoczonych, którym wolni i szlachetni motocykliści narazili się, przeciwstawiając się propagandzie prowadzonej na korzyść Północnego Wietnamu. Nawet chciałoby się uwierzyć w taką piękną legendę. Na przeszkodzie stoją jednak dziesiątki wiarygodnych świadectw z różnych źródeł, w tym pochodzących od cudzoziemców, m. in. od naszego Melchiora Wańkowicza, który w swoich reportażach przytoczył wypowiedzi mieszkańców miasteczek przez lata żyjących w strachu przed terroryzującymi ich i wykorzystującymi watahami zwyrodnialców na czarnych i czerwonych motocyklach.

Kontrkultura żyje (?)

Prawda dziejowa o amerykańskiej kontrkulturze lat sześćdziesiątych jest straszna i okrutna. Około pół miliona oszukanych przez cynicznych spryciarzy, pełnych zapału i gorącej wiary w nowy, wspaniały świat młodych ludzi przekonało się na własnej skórze o tym, że nie uda się usunąć wszystkich norm obyczajowych, porządkujących dotąd życie społeczne i nie wywołać przy tym krwawego zamętu, który pochłonie swoich sprawców. To doświadczenie dzielili z podobnie nawiedzonymi młodymi Anglikami (tam hipisi łamali sobie nawzajem ręce i nogi z pierwszymi skinami), Niemcami, Francuzami, Włochami, a nawet Chińczykami, których przewodniczący Mao namówił do przeciwstawienia się dorosłym w szeregach Czerwonej Gwardii, a potem kazał wystrzelać wojsku.

Hasła, które towarzyszyły wówczas buntom młodzieżowym budzą dziś wyłącznie pusty śmiech albo politowanie. Mimo to gangi motocyklowe nadal szaleją po drogach i na ulicach Angloameryki, a chrześcijańscy hipisi – jedyny odłam tego ruchu, który wyzwolił się z niewoli narkotyków, noszą swoje dziwne stroje, modlą się w żarliwym uniesieniu i spełniają dobre uczynki.

opr. Victor A.Zolcinski

Reklamy

Informacje o radiopomostphoenix

www.radiopomost.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ze Swiata. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s